ZUPA, NADZIEJA, MIŁOŚĆ

Bezdomni z Pszczyny – niewielkiego, urokliwego miasteczka na Śląsku, od kilku miesięcy czekają na każdą sobotę. Tego dnia przekonują się o tym, że komuś na nich zależy. Na rynku czeka na nich duży garnek z gorącą zupą, kawa, a tuż przed Bożym Narodzeniem była też ryba, kanapki, ciasta i jedzenie, które mogli zabrać ze sobą do… miejsc, w których nocują. Przychodząc na rynek otrzymują jednak dużo więcej niż pełny brzuch – zrozumienie, współczucie i nadzieję na lepsze życie.

Błędne koło
Pomysłodawcą i głównym organizatorem tej cyklicznej akcji jest Adrian Kuś. Jego historia pokazuje, że
nadzieja nie zawodzi, a zmiana życia jest możliwa zawsze. -Mój brat zaćpał się na moich oczach, gdy
byłem dzieckiem. Moja mama po tym wydarzeniu zaczęła pić i przestała mnie kontrolować. Od
dwunastego roku życia wychowywałem się sam – opowiada. -Zacząłem od rozpuszczalników, a jak
miałem piętnaście lat, to pojawiła się amfetamina, włamania, kradzieże. Gdy miałem siedemnaście lat, to
trafiłem do więzienia, ale już wcześniej nie chciało mi się żyć. Byłem nastolatkiem i nie chciało mi się żyć!
Którejś nocy, patrząc w rozgwieżdżone niebo, woła do Boga: „Jeżeli jesteś, to pomóż mi!” Odpowiedź
nie przychodzi od razu – Adrian trafia do więzienia. Tam dostaje Nowy Testament, który czyta
zachłannie, a jego przesłanie staje się realne w jego życiu. -Poznałem wtedy prawdziwego Boga i
zachłysnąłem się nim, ale na wolności znów wróciłem do kradzieży. Myślałem, że jak raz straciłem
Chrystusa, to już go nigdy nie odzyskam. Wraca do starego życia, ale też zakochuje się, żeni, rodzą mu się
dzieci – ma nadzieję, że dzięki temu wszystko mu się uda, jednak… -To było złudne, bo ja się zmieniłem z
zewnątrz, a w środku wszystko było nadal brudne, ciemne i myślałem tylko o sobie. Potem pojawiły się
dopalacze i to był początek mojego końca. Miałem dwie prace, rodzinę, troje dzieci i wszystko zaczął mi
zabierać nałóg. Żona ode mnie odeszła, zostałem sam. Postanowiłem się zaćpać na śmierć. Jeszcze dwa
razy trafia do więzienia – w tym raz za coś, czego nie zrobił, bo bogata kartoteka policyjna przemawiała
na jego niekorzyść. Za drugim razem w więzieniu zaprzyjaźnia się z człowiekiem, który był nawrócony. –
Już miałem dość tego błędnego koła i zawołałem szczerze do Boga, że ja chcę od nowa i oddałem mu
chyba wtedy siebie na sto procent. I wtedy coś zadziałało. Od tego czasu zaczęło się błogosławieństwo.

Każda historia jest inna
Po wyjściu z więzienia Adrian trafia do zboru ewangelicznych chrześcijan w Pszczynie. Już wtedy wie,
że jego powołaniem jest pomaganie innym. Bezdomni z tego miasteczka to jego koledzy, znajomi, a
nawet przyjaciele z młodości. -Znam ich wszystkich od dziecka. Byłem jednym z nich. Kiedyś nie
wyglądali tak, jak teraz. Im głębiej wchodzisz w las, tym jest mniej słońca i potem zaczyna się tragedia w
życiu. Niektórym udało się z tego lasu wyjść, a inni w nim zostali. Dzięki swoim doświadczeniom Adrian
wie, że historia każdej z tych osób jest inna.
-Niektórzy mówią: oni piją i im się nie da pomóc, ale nikt się nie zastanawia, dlaczego ci ludzie piją – to
są traumy, śmierć bliskiego, nieporadność życiowa. To jest wiele historii. Każda jest inna, a wspólna jest
tylko BEZDOMNOŚĆ. Adrian uświadomił sobie, że tak naprawdę od dziecka czuł potrzebę pomocy
innym ludziom, ale zaczął to robić dopiero, gdy sam przestał pić i wyszedł ze swoich nałogów. -Trudno
być złym i robić dobre rzeczy – mówi. Na początku starał się pomagać na własną rękę. Na pierwszą zupę
wyłożył własne pieniądze, dołożył się też kolega. Szukał wsparcia w różnych miejscach – pomógł kościół
i Anonimowi Alkoholicy. Większość osób, z którymi rozmawiał, nie była zainteresowana pomaganiem. –
Ale znalazła się garstka, którym zależy na innych – mówi Adrian. Postanawia działać. Odwiedza ośrodki
pomocy społecznej, licząc na współpracę, ale okazuje się, że przepisy uniemożliwiają urzędnikom
jakąkolwiek formę wsparcia akcji. Adrian spotyka się z burmistrzem i dostaje od niego zielone światło.
Pastor kościoła ewangelickiego zgadza się, aby stół z zupą ustawić przed wejściem do kościoła. Gdy o
swoich planach mówi w zborze, dużą pomocą służy mu jego pastor Tomasz Chyłka. -Podpowiedział mi
wiele takich rzeczy, które doprowadziły mnie do tych drzwi, które się otwarły i mówił mi, jak mam
działać. Uspokajał mnie, bo ja jestem bardzo chaotyczny, niecierpliwy i chciałbym wszystko od razu.

Wyczuleni na dobro
Do pomocy bezdomnym Adrian zapalił też innych członków zboru. Wspierają jego służbę modlitwą,
pieniędzmi, ale też poświęcają swój czas, aby przyjść w sobotnie popołudnie na rynek i rozdawać
jedzenie czy rozmawiać z potrzebującymi. -Pomagają, bo myślę, że człowiek narodzony na nowo jest
wyczulony na dobro. Chodzi o to, żeby tym ludziom okazać trochę współczucia, zrozumienia, życzliwości.
Niektórzy z nich myślą poważnie o zmianie swojego życia – mów Adrian.
Basia, która tę pomoc bezdomnym nazywa „przez żołądek do serca”, była na każdym z sobotnich
spotkań. -Dałam tym mężczyznom świadectwo człowieka, który był jak oni. Chodził po mieście pijany,
posikany i wyszedł z tego! Ja im mówię, że oni nie są straconymi ludźmi, że każdy z nich może z tego
stanu wyjść – nie jest to proste, ale się da. I z Adrianem im mówiliśmy o Bogu – no i tyle, co mogę więcej?
Basię ujęła też jedna z bezdomnych dziewczyn – jej blizny na nadgarstkach mogą świadczyć o tym, że
kiedyś chciała się rozstać z życiem. – Przyniosłam jej dużą torbę ubrań – kurtki, koszulki, majtki,
skarpetki, czyli wszystko, co może się przydać kobiecie. Dałam jej też książkę „Jezus naszym
przeznaczeniem”.
Służbę Adriana wspiera również Diana. Zwykle przygotowuje ciasto i pomaga rozdawać jedzenie.
Przedświąteczna sobota to czwarta z kolei, w której uczestniczyła. -Dziś z dziewczynami ze zboru
robiłyśmy przez kilka godzin kanapki i prezenciki dla każdego ubogiego – zapakowane ciasta z wersetem
biblijnym. Diana także chętnie rozmawia z bezdomnymi, którzy już ją rozpoznają. -Zazwyczaj im mówię,
że mają brać przykład z Adriana, bo czyjeś świadectwo najbardziej przemawia do drugiego człowieka.
Więc ja im mówię: bierzcie przykład z Adriana – był kiedyś na dnie, a teraz rozdaje zupę ubogim i się
ogarnął dzięki Bogu, bo to nie inaczej tylko dzięki Bogu. Widzę tu duże błogosławieństwo i bardzo się
cieszę, że mogę w tym uczestniczyć.

W szopie, w polu, w baraku
Każdej soboty na gorącą zupę przychodzi kilkunastu bezdomnych. Na początku siadali na rynkowych
ławeczkach, teraz czekają na nich ławki i stoły przywiezione ze zboru, przy których mogą wygodnie
usiąść i nie tylko zjeść, ale i porozmawiać. Doceniają to, że czeka na nich gorący posiłek i coraz bardziej
otwierają się na rozmowy, a w przyszłości może i na zmianę swojego życia. Łukasz mieszka w barakach
u kolegi. Ma nadzieję, że wyjdzie z bezdomności, ale na razie nic w tym kierunku nie robi. -Adrian to
zaje… fajny chłop! On wyszedł z takiego gówna co ja – z kryminału. I on pomaga ludziom – to się liczy.
Jestem szczęśliwy, że go znam. Jest dobrym człowiekiem – tyle powiem.
Tadeusz mieszka w szopie. -Mam całe czoło podrapane, bo biegają po mnie szczury – mówi o swojej
sytuacji. -Mam swoje mieszkanie, jestem jego głównym najemcą i jestem zameldowany, ale dzieci mnie
wyrzuciły, a ja nie chcę robić kłopotu, bo tam mieszkają też małe dzieci. Dostałem od Adriana kurtkę i
buty. Zawsze do mnie dzwoni i pyta, czy przyjdę w sobotę. Zbieram butelki w parku i sprzedaję, żeby
zawsze mieć kartę do telefonu.
Aleksander, znany jako Olo jest dumny ze swoich butów alpinistycznych, które dostał. -Jak je
zobaczyłem, to się popłakałem. To bardzo piękna akcja! Teraz też płaczę…
Piotr mieszka w szczerym polu – nie ma nawet namiotu. -Kiedyś służyłem w jednostce pancernej, więc w
zimie też się czasem spało na powietrzu. Jestem bezdomny, bo tak się stało, trudno, ale chciałbym już z
tego wyjść. Cieszę się, że w sobotę mogę zjeść coś ciepłego.
Wszystkie buty i ubrania Adrian pozyskuje od znajomych i zborowników. -Bóg to wszystko tak w swojej
potędze ustawia, że wiele osób daje mi te buty.

Jak syn marnotrawny
Do akcji dołącza coraz więcej osób i lokali gastronomicznych. Restauracja, która gotuje zupę,
postanowiła robić to za darmo. Zaoferowała się kolejna, która także chce ugotować zupę. Piekarnia daje
chleb – bezdomni mogą zabrać ze sobą cały bochenek, rybę podarował lokalny sklep.
Nawet na ulicy podchodzą ludzie i pytają, czy mogliby jakoś pomóc.
-Może któregoś dnia ci ludzie, którym pomagamy, zajrzą w głąb siebie, jak ten syn marnotrawny i
powiedzą: ja nie chcę tak żyć, mogę żyć inaczej. I na to liczę właśnie – mówi Adrian. -Niech poczują, że
są ludzie, którzy im dobrze życzą i kibicują. Ktoś powiedział, że jeżeli tylko jeden się nawróci to warto.
Wiem, że to nie jest daremny trud, bo robimy to dla Pana.

Urszula Gutowska

 

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial