Reportaż: Włodek od pomagania

Pomaganie ma we krwi. Gdy tego nie robi, rozmyśla o kolejnej misji, wypatruje znaków od Boga i zbiera pieniądze. Wraz z grupą przyjaciół odwiedził już kilka razy Ukrainę, w tym także Donbas, który ucierpiał podczas wojny. Teraz na sercu leży mu Mongolia, gdzie chciałby wyjechać wiosną 2021 roku.

Poza domem

Uladzimir Ustsinovich, lub po prostu Włodek, jak nazywany jest w Polsce, urodził się na Białorusi. Tam dorastał, założył rodzinę, nawrócił się i zaczął ewangelizować. – Zawsze szukałem sprawiedliwości, uczciwości, miłości. Poznałem świadków Jehowy, ale to nie było to – opowiada Włodzimierz.-Niedaleko mnie mieszkał zielonoświątkowiec i on sprawił, że zacząłem czytać Biblię. Czytałem ją jednak jak każdą książkę – od początku, czyli od Starego Testamentu.

Dopiero gdy dotarł do Ewangelii Mateusza i Kazania na Górze, coś w nim drgnęło i następnego dnia poszedł na nabożeństwo. Tam się nawrócił, a siedem lat później zrobiła to jego żona. -Ja go z dzieciństwa nie pamiętam, bo cały czas był poza domem – mówi Sasza, dorosła dziś, córka Włodka. -Ale mama zawsze to rozumiała i nigdy nie miała do taty pretensji.

Powodem, dla którego Włodzimierz znikał na długie dni, był… film. Odwiedził setki białoruskich niewielkich miejscowości, żeby ich mieszkańcom wyświetlić amerykańską produkcję o Jezusie. Projekcja odbywała się zazwyczaj w lokalnych klubach czy świetlicach, a jeżeli nie miał na to pozwolenia, to w prywatnych domach. -Różnie byłem tam przyjmowany – jedni się śmiali, inni rwali do bójki, a jeszcze inni przyjmowali przesłanie z filmu – wspomina Włodzimierz.

Często spotykał się ze wzruszeniem widzów. Po jednej z projekcji nawróciła się niemal cała wioska. W pobliżu nie było żadnego kościoła, więc założyli domową grupę modlitewną. Włodzimierz nie wie jednak, jak potoczyły się ich losy. W pamięć zapadł mu też seans, który zobaczyli członkowie chóru narodowego. -Przyjechała policja, gdy dowiedziała się o tym, co chcemy zrobić, ale wiem, że nawróciło się kilka dziewczyn i chłopców z tego chóru. Byłem tym bardzo wzruszony – wspomina.

Czarna owca

Z białoruską policją Włodzimierz zadarł także w swoim miejscu zamieszkania. -U nas w domu była szkółka niedzielna, w planach mieliśmy otworzenie kościoła, zorganizowaliśmy też spotkanie ewangelizacyjne w naszym domu – opowiada Włodek. – A na Białorusi był taki przepis, że kult można było tylko sprawować na cmentarzu, w krematorium i w kościele. Ktoś doniósł burmistrzowi, że na naszych spotkaniach dla dzieci była Biblia i on zakazał nam się spotykać. Ale ja wiedziałem, że muszę ewangelię głosić, odważyłem się powiedzieć, że dzieci nic złego nie robią i zostałem czarną owcą.

Władzy nie podobała się także polityczna działalność Włodka, który zapisał się do partii Białoruska Chrześcijańska Demokracja, do której należało wielu chrześcijan. Został pomocnikiem jednego z jej szefów. -Aby stać się członkiem potrzebna był rekomendacja dwóch pastorów – wyjaśnia Włodzimierz. -Chodziliśmy na strajki i różne demonstracje. Byłem obserwowany, jeździły za mną samochody. Zrozumiałem wtedy, że mogę trafić do więzienia i że trzeba uciekać.

Wizy dostali w czwartek, a w piątek już wyjechali z kraju, bez możliwości pożegnania się z nikim z bliskich. -Wszystko musieliśmy robić po kryjomu ze względu na problemy z rządem i dlatego, że byliśmy wierzący – wyjaśnia tę sytuację Sasza.

Tydzień po tym, jak Włodzimierz wraz z rodziną wyjechał z Białorusi, do domu, gdzie została jego mama, przyszli „faceci w czerni”. W Polsce cała rodzina uzyskała status uchodźców. Był to rok 2007.

Jak magnes

Pomysł na pomaganie potrzebującym pojawił się kilkanaście lat temu. Wówczas Włodzimierz pracował w amerykańskiej fundacji Nowe Życie, ale w jego głowie pojawiło się marzenie…

-Chciałem pojechać do Mongolii z ewangelią – tłumaczy. –Wszystko, co słyszałem o tym kraju w mediach, przyciągało mnie jak magnes.

Przez lata to marzenie nie bladło. W zeszłym roku Włodzimierz wrócił do Polski z Holandii, gdzie pracował i postanowił zacząć działać. -Głos wewnętrzny cały czas mi mówił, że muszę tam jechać. Modliłem się o to i prosiłem Boga o znaki.

Włodek zaczął szukać pracy i powiedział sobie, że jeżeli dostanie taką kwotę, jaka jest mu niezbędna, aby marzenia wcielać w czyn, to będzie to znak. Dostał. Był to jednak dopiero początek długiego ciągu zdarzeń. Coraz pewniejszy, że ta misja może się udać, zadzwonił do zaprzyjaźnionego pastora, który co jakiś czas jeździł do Mongolii, i powiedział mu, co chce zrobić, a w słuchawce usłyszał: „My już od kilku lat modlimy się o misjonarza!” –W marzeniach już miałem plan, a oni robili dokładnie to, co ja chciałem! W przyszłości planujemy wspólny wyjazd do Mongolii. Włodzimierz ciągle jednak nie miał pieniędzy na wyjazd, o którym marzył. Zadzwonił do Macieja, swojego przyjaciela i opowiedział mu o tych planach. –Mówię mu, że Duch Święty prowadzi mnie do Mongolii i będę zbierał pieniądze, a on mówi, że ma dla mnie pieniądze – opowiada Włodzimierz. -Za tydzień dostałem kopertę, a w niej była prawie połowa potrzebnej mi wtedy kwoty. Maciej powiedział: – Bóg nam położył na serce, żeby dać na Boże sprawy. Gdyby kto inny zadzwonił, to kto inny by dostał.

Wyjazd misyjny do Mongolii planowany jest na wiosnę 2021 roku. Oprócz Włodzimierza, pojedzie tam też kilka innych osób.

Jestem taka jak tata

Córka Włodzimierza, Sasza, była już z nim na Ukrainie, w okolicach Czernobyla. Zawieźli wtedy dary rzeczowe, takie jak kurtki, buty i inne rzeczy pierwszej potrzeby.

Całe życie chciałam pojechać na misję, bo ja jestem taka sama jak tata. My pomagamy, ale także dużo otrzymujemy – emocjonalnie. Ci ludzie dziękuję Bogu za to, że żyją chociaż nic nie mają. Jesteśmy zaszczyceni, że możemy służyć innym, bo do tego powołał nas Bóg. My dostajemy więcej, bo przywozimy pieniądze, a w zamian możemy być świadkami prawdziwej wiary i oddania się Bogu, w każdym czasie, nawet w najgorszych momentach i na zakrętach życia – opowiada Sasza.

Odwiedzili tam wiele bardzo biednych rodzin i samotnych osób. Te spotkania były dla nich niezwykle wzruszające. –Dawaliśmy tym ludziom pieniądze, bo oni najlepiej wiedzą, czego im potrzeba – wyjaśnia Włodek. –Ale gdy ich pytaliśmy, czego potrzebują, to jedna rodzina powiedziała, że pieniędzy, inni chcieli tylko duchowego wsparcia.

Ludzie, których odwiedzili, borykali się z wieloma problemami. Spotkali się z mieszkającą z wnukiem narkomanem nauczycielką, która po operacji oczu straciła całkowicie wzrok czy z wdową po alkoholiku, której dom spłonął a dzieci zabrano do domu dziecka.

Sasza podczas pobytu tam prowadziła dziennik i robiła zdjęcia, które są ilustracją tego reportażu.

Włodzimierz z grupą przyjaciół był także w Donbasie, gdzie ciągle trwa wojna. –Byliśmy tam bardzo dobrze przyjęci, jakbyśmy się z tymi ludźmi znali od lat – mówi Łukasz Kowalczuk, jeden z uczestników misji. –Ugościli nas, najlepiej jak mogli. To było bardzo budujące, duchowe przeżycie. Byliśmy pod wrażeniem ich wdzięczności, skromności i prostoty ducha.

Na wyjazd do Mongolii prowadzona jest zrzutka internetowa. Na razie idzie słabo, ale Włodzimierz się nie martwi. –Wierzę, że Pan da wszystko – mówi krótko.

Jeżeli nie my, to kto?

Znajomi i przyjaciele Włodzimierza mówią o nim, że to człowiek dusza, który ma życiowe ADHD i nie potrafi usiedzieć na miejscu. Swoją energię wkłada jednak przede wszystkim w pomoc innym, i nie zraża się, nawet jeżeli po drodze nie wszystko się układa. –To taka dusza Piotrowa – mówi o Włodku Łukasz. –Pełen energii, gwałtowny, szybki. Czasem szybciej działa niż myśli, ale potrafi dużo wziąć na swoje barki, jeżeli robi coś, w co wierzy i do czego jest przekonany. Taki też był Piotr, którego Jezus wybrał, by przewodził apostołom.

Ponad dziesięć lat temu było głośno o powodzi w Tarnobrzegu. Włodzimierz postanowił tam pojechać i pomóc. –Powiedziałem o tym znajomemu pastorowi, a on mnie pyta: Po co tam pojedziesz? Odpowiedziałem mu: Jeżeli nie ja, nie my, chrześcijanie, to kto? Pojechaliśmy tam całą grupą. Rozdawaliśmy ubrania, sprzątaliśmy, cięliśmy drzewo na opał. To był najwspanialszy czas, jaki przeżyłem w Polsce – wspomina Włodek.

Zastrzega jednak, że nie jest bohaterem. -Jestem grzesznikiem, który potrzebuje łaski. Jestem złym człowiekiem, ale Bóg jest wspaniały! Moje powołanie to ewangelizacja. Chcę zachęcić innych do pomagania biednym.

Do Mongolii Włodzimierz wybiera się samolotem, dlatego nie jest w stanie zabrać darów rzeczowych, a jedynie pieniądze. Zachęcamy do wsparcia zrzutki na ten szczytny cel.

https://pomagam.pl/mongolia?fbclid=IwAR2V7rhw16F2G9QNO4nQErXbTGrRANgy6s9oNUMeQE9XA4CZR7rtaEaz54o

Urszula Gutowska

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial