Bądź wola Twoja, czyli zmagania z koronawirusem

Koronawirus – to słowo, które w tym roku odmieniane jest przez wszystkie przypadki. Wzbudza skrajne emocje – od strachu po lekceważenie. Jedno jest pewne – lepiej się nim nie zakazić, i to nie tylko dlatego, że sieje spustoszenie w naszym organizmie. Covid – 19 testuje też naszą wiarę, zdrowy rozsądek i miłość bliźniego.

Bądź wola Twoja, czyli zmagania z koronawirusem

Pod koniec maja zmarł Jerzy Pilch, popularny pisarz, autor kilku bestsellerów, takich jak „Pod mocnym aniołem” czy „Spis cudzołożnic”. Jego pogrzeb odbył się w Kielcach, gdzie od dwóch lat mieszkał wraz z żoną. Mimo że miał wielu wiernych czytelników, na jego pogrzebie nie było tłumów. Przybyła przede wszystkim najbliższa rodzina, kilku zaprzyjaźnionych artystów i mieszkańcy miasta. Wśród żałobników była także Lidia Czyż z rodziną. Lidia jest znaną w chrześcijańskich kręgach autorką książek („Mocniejsza niż śmierć”, „Nic do oclenia”, „Słodkie cytryny” i innych). Jej mąż Leszek jest pastorem parafii ewangelicko-augsburskiej w Wiśle.

Jerzy Pilch był bliskim kuzynem Lidii. Na jego pogrzeb, który odbył się w pierwszy czwartek czerwca, przyjechało busem z południa Polski dziewięcioro członków rodziny i trzyosobowa delegacja z Wisły. Kilka dni po pogrzebie pisarza w mediach pojawiła się wiadomość, że uczestnicy jego pogrzebu zakazili się koronawirusem. -Już następnego dnia czułam się źle, ale myślałam, że to zmęczenie po podróży, że adrenalina opada – opowiada Lidia. Leszek również był osłabiony od kilku dni, ale kładziono to na karb złej pogody. Skontaktowała się też z pozostałymi członkami rodziny, którzy byli na pogrzebie i okazało się, że niemal każdy z nich nie czuje się najlepiej. Podejrzewali jednak, że na złe samopoczucie mogła mieć wpływ klimatyzacja w busie. –Po trzech dniach już byliśmy tak słabi, że nie wychodziliśmy z domu, a we wtorek już tylko leżeliśmy – wyjaśnia Lidia. Pastor Leszek kilka miesięcy wcześniej przeszedł groźny udar i był bardzo osłabiony, dlatego niemal całymi dniami spał. Pierwsze objawy przypominały grypę, ale potem już wszystko było inaczej. -Przez trzy dni nie mogliśmy jeść ani pić  – wszystko grzęzło w gardle. Nie było też mowy o tym, żebym coś napisała, czy sobie poczytała – opowiada pisarka. -Miałam też ogromny ból głowy i mdłości.

Coca-cola i rosół

Wszystkie te objawy coraz bardziej przypominały zachorowanie z powodu wirusa Covid19. Byli tego już pewni, gdy zadzwoniła  córka Jerzego Pilcha i powiedziała, że miała robiony wymaz i jest chora. Dwa dni później Lidia zadzwoniła na pogotowie. Tam poinformowano ją, że nie przyjadą, bo, jak usłyszała: „Naszym zadaniem jest ratowanie życia”. Poradzono jej też, żeby zadzwoniła do lekarza. Tak zrobiła. Lekarz powiedział, że pogotowie musi przyjechać i zrobić badania,  więc znów zadzwoniła na pogotowie, ale tam usłyszała, że powinna zadzwonić na SOR. Resztkami sił wykręciła kolejny numer. Głos po drugiej stronie słuchawki powiedział, że ma jednak zadzwonić na oddział zakaźny. -Nie zadzwoniłam, bo już nie miałam siły – opowiada Lidia. Z pomocą przyszła rodzina. Siostrzenica, która jest pielęgniarką, ponownie spróbowała wezwać pogotowie. -Przyjechali. Powiedzieli, że to zatrucie. Kazali nam pić coca-colę. W tych samych kombinezonach, w których byli u nas pojechali do Żywca, do kolejnego pacjenta – mówi Lidia. We wtorek małżeństwo Czyżów czuło się już bardzo źle. -Myślałam, że umrzemy. Miałam bardzo wysokie tętno i cukier, a serce waliło mi jak szalone. Leszek cały czas spał. Synowa próbowała skontaktować się z lekarzem, a ten jej poradził, żeby ugotowała rosołu.

Wtedy wzięła sprawę w swoje ręce. -Zadzwoniła do lekarza i powiedziała, że będą nas mieć na sumieniu, bo jak nie przyjadą, to umrzemy – wyjaśnia Lidia. Przyjechali, ale okazało się, że mogą wziąć tylko jedną osobę – takie są przepisy. Lidia czuła się gorzej niż mąż, więc pojechała jako pierwsza. -Podejrzewali, że mam zawał. Na sygnale zawieźli mnie do szpitala. Tam okazało się, że to nie jest zawał – wspomina. Ratowniczka powiedziała, że wrócą po Leszka. Do szpitala trafiła też mama Lidii, która również była na pogrzebie i została zakażona. Tata, mimo że najstarszy w rodzinie, jest zdrowy.

Czas na cud

Gdy do szpitala przywieziono Leszka, to okazało się, że ze względu na brak miejsca małżeństwo musi być rozdzielone. -Jedno z nas miało trafić do szpitala w Raciborzu, a drugie do Krakowa. Chcieliśmy być razem, wiedziałam, że będę musiała pomagać Leszkowi – wyjaśnia Lidia. I choć było to mało prawdopodobne, to znalazła się sala, na której małżeństwo mogło leżeć razem. Gdy już ich zdiagnozowano i okazało się, że nie jest to zwykła grypa, zatrucie czy zawał, ale koronawirus to lekarze i pielęgniarki zajmowali się nimi troskliwie i bez zarzutu. Ich pracę i poświęcenie małżeństwo bardzo docenia. -Mają na sobie ochronne kombinezony. Nic nie widzą, nie słyszą też, co się do nich mówi. Oni mogą wejść do sali tylko na chwilę, a zakładanie i zdejmowanie kombinezonów zajmuje im pół godziny – opowiadają Czyżowie. Pierwsze dni w szpitalu były bardzo trudne. Lidia cierpiała na migrenę. -Mówiłam: Panie Boże, weź mnie już z tego świata, albo uzdrów. Po kilku dniach poczuła się lepiej, ale zaczął się pogarszać stan Leszka. -Nie mógł stanąć na nogi. Lekarze myśleli, że to korzonki. Tydzień czekaliśmy na neurologa. Okazało się, że pastor jest prawdopodobnie pierwszym pacjentem na świecie, u którego zdiagnozowano covidowe zapalenie rdzenia kręgowego. Lekarze nie wiedzieli, jak go leczyć, podano mu specyficzne, bardzo drogie leki, ale dolegliwość zaczęła powoli ustępować. -Mąż dużo ćwiczył, chodził z balkonikiem, teraz porusza się samodzielnie, ale chodzenie ciągle sprawia mu trudność. Czeka go rehabilitacja – mówi Lidia. -Lekarz, widząc poprawę, trzy razy wspomniał o cudzie! Powiedział, że to cud, bo lekarze nie byli mu w stanie pomóc, a on stoi i samodzielnie się porusza.

Trudny egzamin

Choć w szpitalu byli odseparowani od rodziny, przyjaciół i całego świata, to nie czuli się osamotnieni. -Cały czas czuliśmy Bożą opiekę. Mieliśmy też wsparcie ludzi. Kuzyn nawet dwa razy dziennie potrafił przybiec, by nam coś przynieść – opowiada Lidia. – Wierzący ludzie wspaniale zdali egzamin. To było coś niesamowitego! Przywozili nam owoce, książki, jakieś rzeczy z apteki, których potrzebowaliśmy – niczego nam nie brakowało. Raz Leszek jednemu z przyjaciół powiedział, że nic nie potrzebuje, to się zmartwił, czy się na niego nie obraził. Same anioły były wokół nas. Po wyjściu ze szpitala, pastor postanowił podzielić się swoją historią na swoim facebookowym profilu. Napisał pełen wdzięczności dla Boga i ludzi post: „Wczoraj, po 7 tygodniach choroby – zaręczam Wam, że COVID-19 istnieje i jest paskudną chorobą, naprawdę to nie tylko „mocniejsza grypa”! – w tych 36 dniach pobytu w Szpitalu Śląskim w Cieszynie, „jakimiś cudem” – jak powiedział przy wypisie lekarz – „udało mi się stanąć na własnych nogach”! Jeszcze przed dwoma tygodniami wydawało się to niemożliwe, ale Pan jest wierny i w cudowny sposób mnie podniósł – dosłownie! Covid uderzył w najsłabszy organ, a po udarze to mój układ nerwowy, pojawiły się powikłania w postaci pocovidowego zapalenia rdzenia kręgowego. Przez dwa tygodnie nie miałem czucia w nogach od pasa do stóp. Lekarze nie wiedzieli, jak mnie leczyć, bo, jak ujął to lekarz: „jestem pierwszym przypadkiem tego rodzaju powikłań na Śląsku, zapewne w Polsce i być może na świecie”. Zastosowano specjalistyczną terapię – 40 kroplówek i powoli zacząłem stawać na nogi. Dzisiaj jestem w stanie chodzić, aczkolwiek do stanu sprzed choroby jest jeszcze daleko. Ufam jednak, że Pan mnie całkowicie podniesie i uleczy tak, żebym mógł wrócić do pełni sił i służby.
Jesteśmy wraz z Lidzią Wam wszystkim, którzy szturmowaliście bramy Nieba i zanosiliście gorące modlitwy, serdecznie wdzięczni! (…). Jesteśmy szczególnie wdzięczni wspaniałemu personelowi Oddziału Płucnego, a także Oddziału Neurologii w Cieszynie Niech Was wszystkich Bóg błogosławi! <3 Teraz czekam na ustalenie terminu rehabilitacji w sanatorium.
Lidia wyszła do domu 3.07, po dwutygodniowej kwarantannie obecnie czuje się już dobrze, ale prosimy Was o modlitwy za mamą Lidzi, którą z Tychów przeniesiono do szpitala w Cieszynie na rehabilitację (nie wstaje od 7 tygodni), niestety, pojawiły się też poważne skutki uboczne terapii eksperymentalnej, jaką u niej zastosowano. Błagajmy Boga o jej uleczenie, jak też o znalezienie pracy przez naszego szwagra w USA – stracił ją z powodu redukcji etatów z powodu covida, a jest jedynym żywicielem 4-osobowej rodziny, w tym niepełnosprawnego 16-letniego syna!”

Niedługo po tym, jak umieścił post, córka Leszka i Lidii stwierdziła: “Tatuś! Rozbiłeś bank! Masz 1200 lajków!”

Szybko pojawiły się też komentarze. Znajomi i przyjaciele pisali: „Chwała Panu!”, „ Pastorze BOŻEJ ochrony i zdrowia” czy „Bardzo się cieszę razem z wami, piękne uczucie wychodzić ze szpitala o własnych siłach niech Bóg otacza Was dalej swoją opieką i przyniesie ostateczne zwycięstwo we wszystkim. Błogosławimy Wam w Imieniu naszego Pana, Jezusa”.

Nie były to jednak jedyne słowa i życzenia od chrześcijan. Szybko pojawiły się też takie (pisownia oryginalna): „ Obyś się smażył w piekle za to że łrzesz” , „Panie Czyż jako człowiek wierzący powinien pan mówić prawdę, modlilismy się w zborze za pana po wylewie, ale to już przesada, bo inne choroby też istnieją, i człowiek po chorobie w pana wieku, równie dobrze mógł nie przeżyć grypy. Jestem chrzescijanką, i wstyd mi, że taką propagandę pan sieje i jeszcze miesza w to Boga. Ufam Bogu, i bez wstydu stanę na sądzie, ale też będę trwać w walce ze złem, wystarczy magiczne słowo covid…żeby pastorzy polegli. Życzę otwartych oczu” czy „Co to za ściema !!!! Jak można tak kłamać! Ludzi trzeba ratować aby w to nie wierzyli… jeżeli Pan wierzy w Boga to spotka Pana kara za coś takiego!!!!!!!”.

Gdy przeczytałam te komentarze, to pomyślałam tylko: Boże, odpuść im, bo nie wiedzą, co czynią. Jedenaście osób z naszej rodziny zachorowało – większość przeszła tę chorobę podobnie jak grypę, ale mamusia z Leszkiem byli na granicy życia i śmierci. Co bym tym ludziom powiedziała, żeby zrozumieli, że ta choroba istnieje? Nic. Myślę, że póki ich to osobiście nie dotknie, to nic ich nie przekona – jakby mieli wyłączone myślenie. Nas ta choroba przede wszystkim nauczyła całkowitego zaufania do Boga i kolejny raz pokory. Byliśmy kompletnie bezradni i bezsilni. Tylko modlitwa trzymała nas przy życiu, ale ja nawet nie miałam siły prosić o ratunek, mówiłam tylko: Boże, bądź wola Twoja. Wiem też, że bardzo wiele osób o nas się modliło i bardzo im jesteśmy za to wdzięczni.

Urszula Gutowska

 

 

 

 

 

 

 

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial